mii Czerwonej. Potem gdyby - wy-
wieziona ciężarówką do obozu przejściowego - nie uciekła ze mną i z siostrą z powrotem do Gliwic. I wreszcie gdybym ja - w kolejnym podejściu do wyjazdu, kiedy czeka-
liśmy spakowani na transport Cze-
rwonego Krzyża - nie zachorował.
Czyli historię II wojny światowej poznał Pan przez przypadek?
Przez "figlarny i płatający figle upiór" - powtórzę za Hoffmannem, artystą i pruskim radcą, który za karę 200 lat temu został zesłany z Poznania do Płocka. A ja? Bawiąc się z kolegami w Ritter und Räuber - rycerzy i rabusiów - w gruzach luksusowego przed wojną hotelu Haus Oberschlesien w przeddzień wyjazdu spadłem razem z windą dwa piętra w dół. Nie wiem, czy dla mnie na szczęście, czy na niesz-
częście.
Na szczęście. Dla nas.
Jest pani pewna?
Jestem. My w Polsce kochamy, Panie Piotrze, spętlonych, pok-
ręconych, zasupłanych facetów.
O czym pani mówi?
O tym, że my ich sami masowo produkujemy.
Ja wpadłem w lej środkowoeuro-
pejski i zostałem sproszkowany.
Na popiół?
Duchowo tak. Na pewno tak. Pro-
szę sobie wyobrazić taką scenę. Jest rok 1945, Peter znika, nie ma go, staje się Piotrem. To przechrz-
czenie następuje automatycznie. Mój sobowtór zjawia się w polskiej szkole, ma 10 lat. Nauczycielka prosi go o podanie daty urodzenia. Tragikomiczny moment. Nie znam polskiego. Mojej mamie do głowy nie przyszło, że zapisując mnie do polskiej szkoły, naraża na upoko-
rzenie. Gorzej, na utratę pierwotnej tożsamości.
Miała wybór?
Nie. Niemcy też nie są Polakami. Nie potrafiliby wymyślić tajnych kompletów dla swoich dzieci. Pols-
cy koledzy, wspaniali, zaczynają mi podpowiadać. Czuję się strasz-
liwie poniżony oraz językowo - uży-
wając metafory - zgwałcony. Coś
dukam, łamiąc sobie język, nieskła-
dnie. Ja, prymus w niemieckiej sz-
kole! Zafascynowany Nibelungami, niemiecką gramatyką, niemiecką literaturą. Dziś przyrównuję tamtą opresję do gwałtu na dziewczynce. Kiedy dorosła, czuła się najlepiej jako prostytutka. Przyjęto mnie do czwartej klasy, przeżyłem iście go-
mbrowiczowską przygodę. Sie-
działem na lekcjach jak w teatrze, udając, że rozumiem treść spekta-
klu, w którym biorę udział. Nierozu-
mienie maskowałem i nadrabiałem mądrymi minami. A mój kolega z ławki, Adam - potem przyjaciel; od 1968 r. mieszka w Londynie - uczył mnie najświeższej historii Polski, rysując - bo zorientował się szyb-
ko, że moje kompetencje językowe są nikłe - burzone miasto i domy, jeden po drugim, ulica za ulicą, podpalane przez żołnierzy Wehrmachtu.
Pana rodaków?
Tak, Niemców. On usiłował mi opo-
wiedzieć, co ci moi rodacy zrobili w Warszawie. Pismem obrazkowym.
start
<< WSTECZ
ciąg dalszy wywiadu >>
HAMLECIK.                  "Duży Format - Gazeta Wyborcza"